Przybyłem, zobaczyłem... i znalazłęm morderce, a przy okazji nieźle się uśmiałem. Jednym słowem
Sztuka przez duże "S" ...
Troszkę historii...
Okoliczności powstania najdłużej granego nie-musicalu w historii teatru amerykańskiego -
Szalonych nożyczek - są niecodzienne. Szwajcarski pisarz Paul Pörtner napisał sztukę kryminalną
Schereschnit (Wycinanka), której kariera rozpoczęłą się dopiero z chwilą, gdy dwójka
nowojorskich aktorów - Marilyn Abrams i Bruce Jordan - zakupiła do niej prawa autorskie.
Amerykanie - prekursorzy mody na "teatr interaktywny" - tak przerobili szwajcarski oryginał, że
sztuka stała się światowym przebojem. W nowojorskiej premierze, która miała miejsce w 1978r.
Jordan grał rolę Tonia - właściciela zakładu fryzjerskiego Szalone nożyczki (był zarazem
reżyserem przedstawienia), Abrams grała wiecznie żującą gumę jego współpracownicę - Barbarę. Od
tej pory zrealizowali przedstawienia w Bostonie, Chicago, Waszyngtonie i San Francisco. Pod ich
artystycznym nadzorem powstały także inscenizacje zagraniczne, m.in. w Rzymie, Budapeszcie,
Meksyku, Johanesburgu, Lizbonie czy Buenos Aires. Ten nadzór jest bardzo ścisły - warunkiem
udzielenia licencji jest odbycie przez reżysera swoistego przeszkolenia u autorów...
A teraz z punktu widzenia widza czyli mnie...
Cała akcja dzieje się w salonie fryzjerskim i o dziwo scena ożywa już ok 10 min przed ostatnim
dzwonkim, wprowadzając widza w klimat. Fabuła prosta choć oprawiona niebanalnym humorem słownym
i sytuacyjnym co podonosi zainteresowanie widowni. Jak przystało na kryminał jest także i
zbrodnia. Podczas gdy w salonie "toczy się życie" zostaje popełnione morderstwo. Wszystko
wskazuje, że mordercą jest właśnie któraś z osbób znajdujących się u fryzjera. Kiedy do akcji
wkracza policja i zaczyna się przesłchanie świadków następuje zaskakujący moment...
Na widowni zapala się światło i... to właśnie my jako światkowie bierzemy czynny udział w
przesłchaniu zadając pytania, wyciągając wnioski i rozmawiając ze podejrzanymi. Bardzo ciekawą
i wciągającą jest sytuacja, kiedy to właśnie aktorzy podejmują dialog z widzami. Po "ciężkim i
długim" przesłuchaniu czas na wytypowanie winnego przez publiczność. Kiedy już zdecydujemy kto
jest winien światło na widowni znów gaśnie i akcja toczy się dale już bez naszego udziału i
następuje rozwiązanie zagadki. Dla zwięszenia ciekawości powiem, że zakończeń jest więcej niż
jedno...
Na koniec dodam może jeszcze jeden mój wniosek. Nie będę może rozwodził się o wyższości teatru
nad kinem czy też odwrotnie, ale ostatnimi czasy coraz bardziej przekonuje się do tego by
odwiedzać częściej teatr niż kino. Wprawdzie bilet jest trochę droższy, ale przeżycia zupełnie inne niż w kinie. Przyznać również muszę, że jak to mówią: "dobre kino nie jest złe".
Pozdrawiam wszystkich i zapraszam do teatru... i do kina także...